Przejdź do treści

Zwiedzanie Wysp Owczych

    Jak się spakować na Wyspy Owcze?


    Prawda jest taka, że Wysp Owczych nie poznasz, nie brudząc butów.
    Trekking po farerskich klifach to nie jest spacer po parku. Trawa, chociaż soczyście zielona, często jest grząska, a błoto staje się twoim stałym towarzyszem. Ale kiedy stoisz na krawędzi klifu Trælanípan, słysząc tylko ryk fal rozbijających się sto metrów niżej, zapominasz o wietrze próbującym zedrzeć z ciebie kaptur i o tym, że twoje buty są całkowicie przemoczone.

    Najważniejsza zasada zwiedzania Farojów?


    Zostawcie sztywny plan w domu. Tutaj rządzi pogoda. Jeśli rano widzisz tylko gęstą zupę zamiast gór, wsiądź do auta i pojedź na inną wyspę, tam może świecić słońce. Na Wyspach Owczych trzeba być elastycznym.

    Trzeba się im poddać.

    Noclegi na Wyspach Owczych

    Wyspy Owcze to idealny poligon doświadczalny dla zwolenników filozofii slow travel, gdzie surowy archipelag redefiniuje klasyczne pojęcie logistyki podróży.

    Na Wyspach Owczych najefektywniejszym strategią jest wybór jednej, centralnej bazy – najlepiej w klimatycznym Tórshavn, w dobrze skomunikowanym Vágar lub w Klaksvik drugim co do wielkości miastem na Faroach.

    Zaawansowana sieć podwodnych tuneli oraz precyzyjnie utrzymana infrastruktura drogowa sprawiają, że cały archipelag staje się spójnym, łatwo dostępnym terytorium. Zamiast marnować energię na codzienne pakowanie i zmianę lokum, wystarczy stały punkt oparcia, z którego każdego dnia można wyruszać na eksplorację kolejnych fiordów i klifów.

    Jeśli chodzi o same rezerwacje, autentycznego, farerskiego charakteru najlepiej szukać na lokalnej platformie Visit Faroe Islands oraz w kameralnych ofertach na Airbnb (podlinkowałam mój wybór), gdzie dominują tradycyjne domostwa kryte darnią.

    Zwiedzanie Wysp Owczych

    Gdy po raz pierwszy postawiłam stopę na ziemi, wydawało mi się, że trafiłam na inną planetę. Powitał mnie zapach soli i upragniony zapach morza po długiej zimie.

    Wyspy Owcze nie powitały mnie łagodnie uderzył we mnie chłód i przenikająca do szpiku kostki cisza. Ale już po kilku chwilach poczułam coś niesamowitego. To nie był zwykły wyjazd. Wstąpiłam bezpośrednio w kartki surowej, nordyckiej baśni, gdzie granica między rzeczywistością a legendą po prostu przestaje istnieć.

    Pamiętam moment, gdy stanęłam nad Sørvágsvatn. Patrzyłam na wielką, spokojną taflę jeziora i gwałtownie zabrakło mi tchu. Moje zmysły dosłownie odmówiły posłuszeństwa – umysł nie potrafił pojąć tej optycznej iluzji.

    Widziałam słodką wodę zawieszoną wysoko na klifie Trælanípa, tuż nad ryczącym, wzburzonym oceanem. Czułam ludzką kruchość wobec potęgi natury, ale też dziwny spokój. Stojąc tam, na krawędzi świata, czułam jak igiełki oceanicznej bryzy osiadają na moich policzkach, a w sercu rozlewa się dziecięcy zachwyt.

    Jak to możliwe, że tu jest tak pięknie?

    Czarna plaża

    Każde kolejne miejsce tylko pogłębiało ten hipnotyzujący stan. W Tjørnuvík, stojąc na czarnym jak węgiel, wilgotnym piasku, słuchałam głuchego szumu fal uderzającego o brzeg. Miasteczko jest niewielkie, dachy domów obrośnięte są trawą, w sercu miasta znajduję się luterański kościółek. W samym centrum znajduje się sklep w którym miejscowi sprzedają wełniane swetry i skarpety. Brakuje tu jedynie właściciela, stoi za to pudełko do którego wrzuca się pieniądze, a w oddali słychać dudnienie stóp po schodach.

    Spacerując po miasteczku można zajrzeć do wnętrz. To, co najbardziej przyciąga wzrok, to brak jakichkolwiek firanek czy zasłon. Farerczycy niemal całkowicie z nich rezygnują, wpuszczając do wnętrz cenny, surowy promień północnego światła.

    Wskutek tego parapety stają się miniaturowymi galeriami sztuki użytkowej: stoją na nich urocze figurki porcelanowych psów, wysmakowane ceramiki, mosiężne lampy, pamiątki rodem z morskich opowieści czy misternie rzeźbione ozdoby.

    Przechadzając się tymi cichymi uliczkami, można odnieść wrażenie, że uczestniczy się w niespiesznym spektaklu codzienności. Miękkie światło z salonów roztacza po zmierzchu przytulną łunę, pozwalając dyskretnie dostrzec, jak spokojnie i bez pośpiechu toczy się tu lokalne życie.

    Miejsca jak z baśni

    Każdy kolejny dzień to inna opowieść. Z wielu miejsc na wyspach można dostrzec samotne skały Risin og Kellingin. Wyglądają jak skamieniałe olbrzymy zastygłe w pół kroku.

    W maleńkim Gjógv usiadłam na skraju ogromnej, naturalnej rozpadliny skalnej. Patrzyłam, jak turkusowa woda z impetem wdziera się do wąwozu, i czułam na własnej skórze mistyczną energię miejsca, w którym ludzie od wieków żyją w surowym, ale pięknym pójściu na kompromis z żywiołem. Dzięki uprzejmości rolnika, gdzie można wrzucić symboliczną opłatę za przejście przez jego pole, można przejść granią klifu. Widoki są spektakularne. Ciemna rozpadlina wąwozu kontrastuje z soczystą zielenią i kolorowymi domkami tej niewielkiej miejscowości.

    Tutaj też spotykamy malę grupkę turystów z Korei, którą będziemy mijać w kolejnych dniach. To dowód na to jak niewielkie są te wyspy!

    Latarnia balansująca na krawędzi klifu

    Jednym z najbardziej spektakularnych trekkingów należy trekking do latarni Kallur w miejscowości Trollanes.

    Początek szlaku był uderzająco sielski. Spokojny spacer po zielonym zboczu w otoczeniu leniwie skubiących trawę owiec sprawiał wrażenie idyllicznej przechadzki, a na horyzoncie wyłaniały się dwie charakterystyczne wyspy, zwieńczone gęstymi czapami z chmur.

    Jednak sielanka szybko ustąpiła miejsca czystej żywiołowości natury. Gdy wyszłam na odsłoniętą, wąską grań, potężny wiatr zaczął bezlitośnie szarpać moimi ubraniami. Krok po kroku, szłam do przodu walcząc z tym atlantyckim wiatrem. Gdy moim oczom ukazał się ikoniczny widok: biała latarnia morska, samotnie zawieszona nad przepaścią.

    Kawałek dalej minęłam symboliczny grób Jamesa Bonda, ale to nie on zatrzymał mój oddech. Gdy podeszłam do krawędzi i spojrzałam w dół gigantycznego klifu, uświadomiłam sobie, że to właśnie tam odgrywa się prawdziwy, surowy spektakl. Dziesiątki morskich ptaków pikujących pionowo w spienioną otchłań i fale rozbijające się o czarne skały. Przed moimi oczami widziałam ten bezkres oceanu, a zielone pagórki opadały wprost do wody.

    W tamtej sekundzie wyłączył się cały hałas świata. Poczułam czystą, wręcz metafizyczną wolność.

    Na koniec zostawiłam sobie magię w najczystszej postaci. W wiosce Bøur, spacerując między czarnymi, drewnianymi domkami z dachem soczystą trawą, miałam wrażenie, że za chwilę zza ściany tego domku wyjrzy elf.

    Rajski wodospad

    A zwieńczeniem tej podróży był wodospad Múlafossur w Gásadalur. Widok kaskady wody spadającej z impetem wprost do wzburzonego oceanu na tle samotnej osady sprawił, że po prostu zakręciła mi się łza w oku.

    Czy tak wygląda raj?

    To był jeden z tych momentów, w których chcielibyśmy powiedzieć: „Chwilo trwaj!”. Wyspy Owcze zostawiły poczucie, że dotknęłam czegoś po prostu nierzeczywistego.

    Informacje praktyczne:

    Płatności i zakupy

    • Płatności kartą: Kartą zapłacisz absolutnie wszędzie – od kawiarni po automaty czy opłaty za tunele podziemne. Gotówka jest tu całkowicie zbędna. Chyba, że chcesz wspomoć rolnika drobną opłatą za szlak.
    • Brak infrastruktury turystycznej: W większości małych osad i wiosek nie ma sklepów spożywczych, punktów z pamiątkami ani budek z jedzeniem. Miejscowości są ciche, mieszkalne i surowe. Warto zawsze mieć ze sobą przekąski i termos z gorącą herbatą w samochodzie.
    • Pamiątki z duszą: Po najpiękniejsze magnesy, pocztówki, albumy i autentyczne farerskie rękodzieło najlepiej udać się do Tórshavn. Szczególnie urokliwa jest tamtejsza kawiarnio-księgarnia (jak np. H.N. Jacobsens Bókahandil), gdzie zakupy robi się w niezwykłym, klimatycznym otoczeniu.

    Trekkingi i opłaty

    • Sørvágsvatn / Trælanípa (Jezioro nad oceanem): Wejście na ten popularny szlak znajduje się na prywatnym terenie i jest płatne. Koszt wstępu wynosi 200 DKK od osoby (ok. 115-120 PLN). W cenie jest dostęp do toalet na starcie szlaku oraz kawiarni.
    • Kallur Lighthouse (Kalsoy):
      • Najpierw musisz przeprawić się promem z miejscowości Klaksvík do Syðradalur na wyspie Kalsoy (rozkład promu rejsowego nr 56).
      • Z portu jedziesz autobusem lub samochodem na sam koniec wyspy, do miejscowości Trøllanes.
      • Uwaga! miejsc dla samochodów jest bardzo mało, więc trzeba zrobić rezerawacje na prom dużo wcześniej. Natomiast można przepłynąć jako pasażer pieszy- miejsc nigdy nie zabraknie – a nie musimy stresować się wjazdem na prom i jazdą tunelami)
      • Rozkład jazdy autobusu na początek szlaku znajduje się TU
      • Szlak do latarni rozpoczyna się bezpośrednio przy małej wsi Trøllanes i prowadzi przez zielone zbocza.

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *